Ułatwienia dostępu

“Czarodziejka z ołówkiem i makietą”

Miłość do kreowanie rzeczywistości odkryła w sobie już w dzieciństwie. Wtedy chciała zostać czarodziejką, koniecznie z różdżką w ręku. Dzisiaj jej różdżką jest ołówek i makieta. Architekt Zuzanna Cichocka w rozmowie z Magdaleną Łyczko – opowiada o przecieraniu szlaków w zawodzie, zwykłej codzienności i dlaczego warto przestrzeń zaaranżować tak, by czuć się w niej komfortowo. 

Kim kilkuletnia Zuzanka chciała zostać w przyszłości?  

Jedną z moich ulubionych bajek była „Moja mama czarodziejka” Joanny Papuzińskiej, dlatego od dziecka chciałam zostać wróżką, koniecznie taką, co ma różdżkę. Marzyłam, by chodzić, wymyślać różne rzeczy i je czarować. Wyobrażałam sobie, że gdy czegoś dotknę, to się zmieni. Dotykałam i niestety nic się nie zmieniło… na szczęście, rodzice dość szybko mi wytłumaczyli, że nie da się czegokolwiek wyczarować. 

Odebrali pani wiarę w magiczną moc?
Nie, absolutnie nic z tych rzeczy. Mam bardzo kreatywnych rodziców. Mama jest krawcową, potrafi uszyć wszystko, co wymyśli. Uwielbiałam przesiadywać u niej w pracowni, obserwować jak powstają zdobienia, albo kwiaty na sukienkach. Tata z kolei jest szkutnikiem i żeglarzem. Jego praca również wiązała się z pewną wizją, techniką i tworzeniem – w pewnym sensie magicznym materializowaniem rzeczy, które wymyślił – to była magia! 

Kilkuletnia Zuzanna Cichocka w warszawskim mieszkaniu, fot. arch. prywatne.
Kilkuletnia Zuzanna Cichocka w warszawskim mieszkaniu, fot. arch. prywatne.

Poszła pani tropem twórczych rodziców… 

Nie da się ukryć, że z tych dwóch kierunków wykiełkowała we mnie miłość do przestrzeni. 

Zapytam, być może przewrotnie, kim pani jest dzisiaj? 

Zawsze jestem architektem, projektantem. Po pracy jestem też partnerką i macoszką. Realizuję swoje hobby – maluję, głównie na  przedmiotach, które mają jakąś historię. Mój ulubiony obraz wisi w salonie, stworzyłam go na starych mahoniowych drzwiach, które dostałam od mojego dobrego przyjaciela, jeszcze gdy byliśmy w liceum. Malowanie traktuję jako artystyczny sposób wyżycia się, bo w architekturze czasami ograniczają mnie schematy, a ja potrzebuję wolności. Poza tym, mam psa – wielorasowca. Zapomniałabym o rowerze! Wsiadam i nie ma mnie. To chyba wszystkie moje życiowe role… chociaż muszę przyznać, że z tej zawodowej, nigdy nie wychodzę. Pracuję dużo i lubię to, a gdy zobaczę coś inspirującego, zatrzymuję się, przyglądam, robię zdjęcia. Właściwie, głowa od pracy nigdy nie jest wolna. 

Z jakiego projektu jest pani najbardziej dumna? 

Mam jeden, wzruszam się gdy tylko  i nim myślę. Paradoksalnie nie jest to projekt, który pokazał, czy opisał Forbes, ale malutka kawalerka na warszawskiej Woli. To było może trzydzieści metrów kwadratowych. Kiedy weszłam do mieszkania odniosłam wrażenie, że zleceniodawcy się nie lubią. Para. On  zdenerwowany, przez fakt, że ona ściągnęła do mieszkania.  Usłyszałam: „po co ten remont” i wszystko wyglądało tak, jakby byli w przeddzień rozwodu, a zmiana we wnętrzu, miała go tylko przypieczętować. Byłam pewna, że nie zdecydują się na współpracę. Problem był taki, że nie mieli przestrzeni, nie było w niej czym oddychać. Wszystko było przytłaczające. 

Udało się pani zmienić przestrzeń, a właścicielom mieszkania ocalić związek? 

Długo zastanawiałam się jak zmienić tę mikroprzestrzeń, by każdy miał własny kąt.

Właściwie zburzyłam wszystkie ściany,  oprócz jednej, przy łazience. Na środku zrobiłam szafę, z jednej strony przechodziło się do pokoju, a z drugiej do kuchni z salonem. W tym małym mieszkaniu znalazłam miejsce nawet na garderobę. Po realizacji umówiłam się z właścicielami na sesję zdjęciową do mojego portfolio. Otworzyły się drzwi – stanął w nich inny mężczyzna. 

A jednak… 

Nie. Źle mnie pani zrozumiała. To był ten sam mężczyzna, tylko tak się zmienił, że ja go nie poznałam! Był uśmiechnięty, szczęśliwy, wyglądał zupełnie inaczej od tego, którym rozmawiałam przed projektem. Usłyszałam, że ta przestrzeń ich zabijała, a nowe wnętrze uratowało ich małżeństwo. 

Piękna historia! 

Szalenie wzruszyły mnie te słowa. Od tamtej pory mam potwierdzenie, że jak coś zmieniam, to mam realny wpływ na ludzi, dla których tworzę przestrzeń. Miejsce, w którym żyjemy, mieszkanie, dom, może nas albo zatruć, albo uzdrowić. 

Do zmiany potrzeba odwagi, a Polacy w kwestii wnętrz są zachowawczy. Lubują się brązach, beżach i wszelkich odcieniach żółtego… 

Nie wiem, z czego to w ogóle wynika, dlatego otworzyłam kanał na YouTube. Jest po to, by zmieniać świadomość ludzi, szerzyć edukację na temat projektowania i tego, co możemy zrobić we własnym wnętrzu. 

Skoro jednym z pani celów jest również społeczna edukacja, znaczy że poziom wiedzy jest w tej kwestii…  no właśnie, jaki?

Na temat projektowania, o architekturze nic nie wiemy. W szkole podstawowej czy średniej nie dowiadujemy się tego samego – nic.. Wierzymy w jakieś mity dotyczące wnętrz, na przykład ten, że kolor czarny zmniejsza wnętrze. Jeśli dobrze go użyjemy, czerń doda pomieszczeniu głębi. Polacy kochają żółte ściany, bo chcą je ocieplić, bo mamy ponoć za mało słońca. Uświadamiam klientów, że kolor żółty czy beżowy, będzie sprawiał, że wnętrze wyda się ciemniejsze, bo będzie pochłaniało więcej światła. 

Na jaki kolor najlepiej pomalować mieszkanie, żeby było jaśniejsze?

Na biało, ale żeby ocieplić wnętrze, wystarczy użyć ciepłej barwy żarówek. To są proste zabiegi, o których rzadko kto wie, a jeśli wie, to zawsze pytam: skąd ta wiedza? Najczęściej słyszę: znajoma mi powiedziała, albo: pan na budowie mi doradził. Sama wiedza, to jeszcze nic. 

Dlaczego? 

Bo ludzie nie widzą gdzie po nią sięgać! Niestety nie ma jeszcze infolinii z architektem lub projektantem wnętrz na łączach. 

Może to pomysł na biznes? 

Muszę to przemyśleć. (śmiech) 

Agata Napiórkowska w książce „Jak oni pracują”, stworzyła ciekawy portret artystów, pokazując jak przygotowują się do pracy. Andrzej Sapkowski siada do pisania już o ósmej rano niczym urzędnik, Jacek Dehnel woli pracować spontanicznie. Katarzyna Bonda zanim zacznie pisać, tworzy całe pudła notatek, a pani?

Z nazwisk, które pani wymieniła, zdecydowanie najbliżej mi do Bondy. Zanim zacznę projektować, robię bardzo duży research. Czytam zdjęcia, oglądam, rozmawiam z klientami, robię ankiety. Natomiast gdy siadam do projektowania, nigdy z notatek nie korzystam. Wszystko mam w głowie. Pracuję na modelach 3D, zaczynam je obracać, przesuwać, wtedy czuję się jakbym zniknęła, nie było mnie dla nikogo, dopiero kiedy makieta jest kompletna, zaczynam pracować. Wracam do listy i zaczynam sprawdzać, czy wszystko jest dobrze – projektowo i technicznie. W tle muszę słyszeć powtarzalny dźwięk, najlepiej medytacyjny, żeby wyciszał we mnie natłok informacji. 

To stresująca praca? 

Architekci bardzo często są znerwicowani.  Muszą rozmawiać z wykonawcą, budowlańcami, stolarzem, specjalistą od wentylacji, sauny, basenu, z sanepidem. Jestem przetwornikiem tych wszystkich informacji, a na końcu powstaje mój projekt. Żeby wbić się w rytm projektowania, czasem ten sam model obracam dwadzieścia razy, a potem siadam i wszystko idzie z górki. Pod koniec sprawdzam listę: zrobiłam miejsce dla kota, na przechowywanie odkurzacza? I tak dalej… 

Jest pani autorką projektu wnętrza Praskiego Centrum Wsparcia i Edukacji w Warszawie, które wystartuje już we wrześniu. Długo zastanawiała się pani nad współpracą z Fundacją IDYLLA przy tym wyzwaniu? 

Nie, zgodziłam się od razu, bo podoba mi się zakres działań fundacji IDYLLA. Poza tym, raz w roku robię jeden projekt charytatywny. Miałam tylko jeden problem – termin, bo był bardzo krótki, a my jesteśmy małym biurem projektowym.  W tej chwili pracują tylko cztery osoby na stałe i dwie dochodzące. 

Panuje powszechne przekonanie, że ci którzy noszą różowe okulary, postrzegają rzeczywistość łagodniej. Jaki kolor okularów wybrałaby pani dla siebie?

Czerwone, mam wrażenie, że ten kolor odzwierciedla moją energię, a tej mi nie brakuje. Krwista czerwień, kojarzy się ze złością, we wnętrzu może drażnić, a ja jestem osobą, która musi się uspokajać, dlatego żyję w spokojnej przestrzeni. W swoim domu, znalazłabym może, jedną, jedwabną, czerwoną poduszkę, to wszystko. Za to w szafie… tam, dominuje soczystość czerwieni, szczególnie wśród sukienek. 

Czego pani nie lubi w swojej pracy?
Kosztorysów. Konfrontowanie ich z rzeczywistością,  jest zawsze bolesnym momentem, szczególnie dla  inwestorów. Zaczynają być nerwowi, są zmuszeni zrezygnować z niektórych koncepcji.  Wtedy trzeba szukać kompromisów, tak jak w życiu.

Zuzanna Cichocka – architekt. Czuje misje w tym co robi, styl projektu dostosowuje do charakteru mieszkańca tzn, że projekt nie tylko jest estetyczny ale także wpływa kojąco na użytkowników. Prywatnie jest pasjonatką jogi, sztuki współczesnej, opery i mody. Czasem lubi nosić kapelusze. Dla Fundacji IDYLLA przygotowała plany i wizualizacje Praskiego Centrum Wsparcia i Edukacji. 

    

Udostępnij artykuł​
Magdalena Łyczko
Magdalena Łyczko

PR & Marketing Communication Specialist
m.lyczko@fundacjaidylla.org

Nadchodzące wydarzenie

Add a strong one liner supporting the heading above and giving users a reason to click on the button below.

Zapisz się do newslettera
Aby otrzymywać cotygodniowe wiadomości
z aktualnościami.

Napisz do nas lub zadzwoń

 

 

 

w godz. 9:00 – 18:00 / pn – pt

Pozostałe artykuły