Ułatwienia dostępu

"Otaczam się mądrzejszymi ode mnie" - wywiad z Jakubem Ścierzyńskim

Nie żyję w jakimś wyimaginowanym świecie, gdzie nikt nie musi praktycznie nic robić, a jedyne wyzwanie to bycie szczęśliwym. Sukcesja, to nie życie z serialu, ale wielka odpowiedzialność – mówi Jakub Ścierzyński z Instal Projekt. W rozmowie z Magdaleną Łyczko opowiada o marzeniach z dzieciństwa, największych życiowych lekcjach oraz planach biznesowych. 

Czym dla Pana jest idylla? 

Ojej… trudne słowo.  

Zapytam inaczej, czym jest sielanka, błogość życia? 

Wydaje mi się, że finalnie sprowadza się do odczuwania spokoju ducha i radości z życia. To jest najważniejsze.

Co dla firmy Instal Projekt jest najważniejsze?
Od ponad czterdziestu lat zajmujemy się obróbką metalu, produkujemy grzejniki, suszarki i akcesoria. Bez względu na to, co byśmy produkowali, jedno jest pewne, że mają być niezawodne. Mają dawać poczucie bezpieczeństwa i spokój ducha najlepiej na pokolenia.

Czy fakt, że jest Pan sukcesorem, kolejnym pokoleniem w firmie – ułatwia panu codzienną pracę, czy to raczej przeszkadza? 

Jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, żeby ten fakt cokolwiek ułatwiał. Może takimi znajomymi – sukcesorami innych firm rodzinnych się otaczam. Z badań wynika, że mniej niż 6% sukcesorów, chce w sukcesji uczestniczyć. 

Dlaczego?  

To bardzo ciężka praca, poza tym nie mogę mówić o innych firmach, bo znam tylko kilkadziesiąt i może nie być to grupa reprezentatywna. Każdy przypadek jest inny. Zachęcam jednak do zapoznania się z badaniami, które odpowiadają na pytanie przyczyn tak niskiego wskaźnika sukcesji. 

Śmiało mogę powiedzieć, że w firmie jestem od dziecka, jako nastolatek pracowałem podczas wakacji na produkcji, fizycznie, na wielu stanowiskach. Kiedy wszedłem do firmy jako dorosły, cztery powiedzmy pięć lat temu, miałem kompletnie inne spojrzenie na spółkę. I gdyby zapytała mnie pani dzisiaj, czy podjąłbym tę decyzję raz jeszcze, podejrzewam, że nie udzieliłbym jednoznacznej odpowiedzi.

Podkreśla Pan, że to trudna, ciężka praca… 

Bo to prawda, co innego, gdy sukcesja dotyczy firmy, która jest liderem rynku. Jest rozwinięta pod wieloma względami: produktowym, marketingowym, produkcyjnym, wtedy jego zadaniem będzie zbliżenie się do poziomu jaki wypracowali jego rodzice. U nas jest inaczej. Firma jest challengerem rynkowym, który non stop musi coś udowadniać. To wymaga wielu zmian i reform wewnątrz firmy jak i na rynku na którym działamy. Moja rola jest bardzo niewdzięczna – muszę wskazać co i jak poprawić – to naprawdę jest trudne. 

Na czym ta trudność polega? 

Wiąże się z odpowiednim sposobem komunikacji z drugim człowiekiem. Określonym formułowaniem zdań, takim, który nie będzie ranił drugiej osoby, podważał jej dorobku. 

Czyli wszystko zaczyna się i kończy na komunikacji…

Nie da się ukryć, że to bardzo ważny aspekt każdej firmy. Drogę którą przeszedłem w organizacji, z rodzicami, przez ostatnie dwa, trzy lata, to niesamowita przygoda. Przeprowadziliśmy bardzo dużo rozmów, ale najpierw musieliśmy się w ogóle nauczyć ze sobą rozmawiać. Przeszliśmy kilka kursów, potem sesji coachingowych…   

Kilka lat wypracowywania wspólnych “ścieżek”, to ogromna praca… 

Od fundamentu poprzez merytorykę, aż do sposobu zarządzania. Jeszcze gdy dodamy do tego pracę z rodzicami, to poziom trudności wzrasta. 

Chodzi o nieporozumienia, różnice zdań itd.?
W przypadku konfliktu, w każdym innym miejscu pracy, wychodzę do domu i nie kontaktuję się z szefem. W firmach rodzinnych nie ma takiej możliwości, nie istnieje coś takiego, jak granica życia osobistego i pracy. Ja tak przynajmniej nie potrafię i z tego, co obserwuję, moi rodzice również. Cokolwiek się dzieje się w firmie, automatycznie przechodzi na rodzinę. Rola sukcesora w firmie, która w krótkim okresie ma przejść transformację w różnych obszarach, jest bardzo trudna. 

Nie lubię gdybać, ale… chciałby Pan kiedyś przekazać firmę swoim dzieciom? 

Tak, ale nie w takiej roli, w jakiej ja jestem obecnie, bo to ogromna odpowiedzialność, obciążenie i tyle. Zdecydowanie inaczej bym podszedł do sukcesji.

Odpowiedzialność, trud, obciążenie, chyba są jakieś plusy? Zdobył Pan doświadczenie, czegoś się nauczył…
Od wszystkich się nauczyłem pracoholizmu, mówię to całkiem poważnie. Odkąd sięgam pamięcią, moi bliscy zawsze ciężko pracowali. Mój dziadek mimo, że jest już na emeryturze, wciąż ma swoje zajęcia i je realizuje. Podobnie jest z rodzicami. Nauczyli mnie czym jest wartość pieniądza i pracy. Nic nigdy nie było mi dane, ot tak po prostu. Panuje społeczne przekonanie, że sukcesor żyje jak w bajce. To chyba za sprawą popularnego serialu “Sukcesja”. Nie żyję w jakimś wyimaginowanym świecie, gdzie praktycznie nic nie trzeba robić, a jedynym wyzwaniem to bycie szczęśliwym.
Cieszę się, że mnie wychowano w taki sposób. Dzięki temu, zyskałem pokorę do życia i do tego co mam, to mnie też napędza do działania. Mam w sobie wewnętrzną motywację, która płynie ze świadomości wpływania na innych i faktu, że zmieniam świat na lepsze. To powoduje, że mi się chce przychodzić do pracy, mimo że czasami jest pod górkę. Głęboko też wierzę w naszą misję dążenia do doskonałości, która polega na ciągłemu doskonaleniu naszej niezawodności. Z pokolenia na pokolenie.

Wspomniał Pan o dziadku, to od niego wszystko się zaczęło…
W wielkim skrócie. Dziadek założył firmę w 1978 roku. Wtedy zajmowała się projektowaniem i tworzeniem sanitarnych rozwiązań dla domów oraz instytucji publicznych – obróbka metalu. Wówczas dziadek zatrudniał kilkunastu spawaczy.  Wszystko było dobrze, ale w pewnym momencie przyszedł kryzys, w firmie były jakieś kredyty, rewaluacja dolara z tego, co pamiętam i biznesowi groziła upadłość. To były czasy, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie…

Wtedy dziadek połączył siły z Pana rodzicami? 

Były lata 90-te rodzice prowadzili hurtownię. Kiedyś przyszedł do nich Polak, który na co dzień mieszkał  w Niemczech, szukał grzejnika do łazienki. Rodzice nie wiedzieli, co to jest, więc im narysował na kartce. Wtedy mój tata pojechał z Włocławka do Warszawy na Bartycką i szukał rozwiązania jakie znał wyłącznie z kartki. Kiedy znalazł, zadzwonił do swojego klienta i sprzedał mu go z dobrą marżą, sporo zarobił. I tak się zaczęło.

Co było potem?     

Podczas niedzielnego obiadu, tata opowiedział historię dziadkowi. Dziadek, który miał inżynieryjne podejście do pracy, stwierdził że skoro jest taka potrzeba rynku, trzeba ją wykorzystać. Firma to wielkie słowo, działalność zaczęła w garażu, gdy rodzice zaczęli sprzedawać coraz więcej grzejników. Zdecydowali, że zamkną biznes hurtowniczy i firmę Instal Projekt, wspólnie z moim dziadkiem przetransformowali z małej garażowej firmy usługowej, w dużą firmę produkcyjną. Rola moich rodziców w tej sukcesji, czy moja rola jest, powiedziałby symetryczna do roli rodziców.

Jak jest teraz? 

W każdej branży praktycznie zmagamy się z otwartością rynku całego świata. Przedsiębiorcy z obszarami produkcyjnymi, wytwarzają najczęściej w innych krajach…

Co piąty szwedzki mebel z Ikea, powstaje w Polsce, hiszpańska Zara produkuje w Turcji, itd… 

Dokładnie. Ciągłe dążenie kupców dystrybutorów do obniżania kosztów zakupu produktu jest trudne i wymusza konkurowanie naszego niezawodnego produktu z np. azjatyckimi substytutami, które są gorszej jakości i mają kilkukrotnie krótszą żywotność. Wyraźnie to widać w deklarowanych okresach gwarancyjnych. Dla przykładu substytuty, z którymi konkurujemy mają roczną lub dwuletnią gwarancję. Produkty Instal Projekt mają najdłuższą, 15 letnią gwarancję na rynku. Zostały zaprojektowane, by działały z pokolenia na pokolenie. Największym wyzwaniem jest edukacja konsumentów i klientów biznesowych, że warto zapłacić trochę więcej za jakościowy produkt, który zapewni bezpieczeństwo i finalnie spokój ducha na długie lata.

Z czego jest Pan najbardziej dumny?

Z moich rodziców i dziadków, bo mimo tego, że gdy rozpoczynali działalność, popyt był większy od podaży, firmę rozwinęli dzięki własnej intuicji. Inspirowali się głównie wyjazdami zagranicznymi, wizytami w różnych firmach. To wydaje mi się, dużą sztuką. Sam startuję dzisiaj z innego poziomu, mam pełen dostęp do informacji, edukacji i praktycznie nieporównywalne, z tym co było kiedyś i jest teraz. Nie było na przykład internetu, co dzisiaj wydaje się to niewiarygodne. Na pewno jestem też dumny z rozwoju niektórych współpracowników. Cieszy mnie to, poza tym nigdy nie ukrywałem, że staram się otaczać ludźmi mądrzejszymi ode mnie. 

To bardzo dojrzałe i świadome podejście do liderowania. Wiele osób czułoby zagrożenie… 

Odpowiem na to cytatem Sama Waltona. „Jest tylko jeden szef. Klient. On może zwolnić każdego w firmie, od prezesa w dół po prostu wydając swoje pieniądze gdzie indziej”.

Jest coś, czego Pan żałuje? 

Nie, chociaż gdym pięć lat temu wiedział to, co wiem dziś, nie wiem czy podjąłbym taką decyzję. 


Czy dołączyłby Pan do firmy, tak? 

Dokładnie. Dzisiaj niczego nie żałuję, bo wiele się nauczyłem. Praca bardzo dużo mi dała. Ale… czy ja byłem odpowiednią osobą, w odpowiednim czasie i roli? Trudno to ocenić. 

Gdyby miał Pan wybrać: mieć czy być, to co by Pan wybrał?  
To jest trudne pytanie. 

Dlaczego? 

Bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić życie bez jakiejkolwiek potrzeby posiadania, innymi słowy np. byciem bezdomnym na ulicy. Gdybym odpowiedział “być”, to skłamałbym, bo nie, nie jestem na to gotowy. Dlatego odpowiadam: gdzieś po środku. Mieć?  Mieć zależy co… jeżeli mieć, zawiera umiejętności, wpływ, doświadczenie, to zawiera to moja misja życiowa. 

Kim chciał Pan zostać w dzieciństwie?  

Dziadkowie oraz rodzice mówią, że chciałem być prezesem. (śmiech

Naprawdę? 

Tak, nawet w przedszkolu wołali na mnie “prezes”.
Wynika to pewnie z faktu, że za młodu dużo przebywałem z moim dziadkiem i podobała mi się jego rola.

Pamięta Pan, co małemu Kubie w prezesowaniu podobało się najbardziej? 

Myślę, że jako dziecko podobał mi się wpływ prezesa na życie innych ludzi, w podejmowaniu decyzji i szacunku innych osób jaki chociażby okazywali mojemu dziadkowi.

W życiu dokonujemy miliony wyborów. Gdyby miał Pan wybrać pomaganie czy proszenie o pomoc, to co by to było? 

To zależy. Jeżeli się coś ma, to wydaje mi się, że pomaganie jest łatwiejsze, niż proszenie. Podstawą, jest chęć pomocy. Poza tym, żeby pomagać trzeba też mieć. Obie sytuacje – pomaganie i proszenie o pomoc – wymagają pokory i pewnych umiejętności. Proszenie –  dzielenia się z innymi, natomiast pomaganie – odwagi. Żeby dawać, trzeba mieć świadomość, że inni czegoś nie mają i, że ja też kiedyś mogę nie mieć. 

Myśli Pan, że może znaleźć się w sytuacji, kiedy będzie musiał prosić o pomoc?

Ciągle słyszę od rodziców – fakt, że dzisiaj mamy samochód, możemy pojechać na wymarzone wakacje, nie znaczy, że nasze życie będzie tak wyglądało, za dwa, trzy, pięć lat. Nasz byt w dużej mierze zależy od kondycji finansowej firmy. Nie ma wyników, nie ma pieniędzy.  

Plany na najbliższą przyszłość? 

Teraz największym wyzwaniem jest transformacja firmy, wewnętrzna, produktowa i rynkowa. I to jest rzecz, która wymaga nowych produktów, innego podejścia do wartości dostarczanej na rynek oraz  komunikacji marketingowej.  Najtrudniejsze w tym wszystkim są zasoby ludzkie, bo my nie jesteśmy w Warszawie, Łodzi, Poznaniu, czy Gdańsku, ale we Włocławku. Mieście, które umiera, w którym mało kto, chce żyć i pracować. Ludzie młodzi,  wykształceni, uciekają do większych miast. Ale gdybym nie wierzył w powodzenie całego przedsięwzięcia, nigdy bym się go nie podjął. Cały czas wierzę i to mnie napędza.

Udostępnij artykuł​
Magdalena Łyczko
Magdalena Łyczko
Nadchodzące wydarzenie

Add a strong one liner supporting the heading above and giving users a reason to click on the button below.

Zapisz się do newslettera
Aby otrzymywać cotygodniowe wiadomości
z aktualnościami.

Napisz do nas lub zadzwoń

 

 

 

w godz. 9:00 – 18:00 / pn – pt

Pozostałe artykuły